Klejnot Siedmiu Gwiazd - Bram Stoker

Jakie macie skojarzenia z Egiptem? Z czym lub z kim kojarzy Wam się pisarz Bram Stoker? 

Postać irlandzkiego pisarza Brama Stokera mi osobiście kojarzy się z hrabią Draculą, a ten z czosnkiem, śmiercią, Londynem, krwią, gorsetami, a te z kolei z dziewicami, seksem i ….nie idźmy dalej tą drogą. 


Chyba każdy fan grozy kojarzy postać Stokera. Właśnie wszystko za sprawą postaci hrabiego Draculi, która na stałe zagościła w popkulturze. Postać wampira wykreowana przez pisarza, jak przystało na nieśmiertelnego zupełnie nie poddaje się upływowi czasu. Owszem, mamy lepsze i gorsze wariacje na temat archetypu wampira ale pewne elementy nie ulegają dezaktualizacji. Jak chociażby osinowe kołki, zapomniane wsie lub miasteczka gdzieś na skraju świata oraz umiłowanie do krwi. Wszystkie te elementy są nieodzowne w powieściach o wampirach. Owszem, zdarzają się czytadła, które próbują odchodzić o tych elementów ale powiedzmy sobie szczerze: nikt o nich długo nie pamięta i nie są kojarzone przez większość społeczeństwa.


Zdaję sobie sprawę, że motyw wampira jest stary jak świat i Stoker nie był pierwszym, który o nim pisał. Nie był pierwszy, ale jego dzieło jest najgłośniejsze. Czy ktoś z Was drodzy czytelnicy potrafi, tak zupełnie z pamięci na szybko podać inne utwory z wampirami w roli głównej, powstałe przed powieścią Stokera? 


Samego autora pewnie też niewielu z Was kojarzy z innymi powieściami. Ja osobiście jakoś wyparłem świadomość tego, że pisarz nie poprzestaje na napisaniu jednej powieści. Są tacy, którzy dla kasy piszą średnio jedną miesięcznie. Zawsze znajdzie się ktoś, komu spodoba się nawet największy gniot. W końcu nawet disco polo ma swoich zagorzałych fanów. 


Okazuje się, że Bram Stoker napisał więcej niż jedną książkę. Niestety do tej pory tylko jedna doczekała się wydania i przekładu na język polski. Dlatego ogromnie się zdziwiłem gdy Wydawnictwo IX pochwaliło się, że wydaje jedną z jego książek. Miałem taką chwilową zawiechę, w której jakoś nie docierało do mnie, że może to być jego oryginalne dzieło, a nie jakaś ściema sygnowana jego imieniem. Kojarzysz na pewno te akcje, że jakiś produkt ma znane nazwisko w tytule, a później okazuje się, że jest to takie straszne naciąganie. Na szczęście nie było tak w tym przypadku i wydawnictwo wydało faktycznie jedną z powieści Stokera. 


Od momentu, w którym dowiedziałem się o niej, zapragnąłem mieć ją mieć. Po części wynikało to z faktu uwielbienia dla Stokera, a po części z wielkiej ciekawości. Na szczęście udało mi się dostać jeden z egzemplarzy do recenzji. 


Tym razem nie będzie to powieść o wampirach ale o mumiach, Egipcie i gwiazdach. Oto przed nami podróż po moich wrażeniach po przeczytaniu książki Brama Stokera “Klejnot Siedmiu Gwiazd”. 


Młody adwokat, Malcolm Ross, zostaje wezwany w środku nocy przez swoją przyjaciółkę, Margaret, do domu jej ojca, Abla Trelawny’ego. Okazuje się, że został on zraniony we własnym pokoju przez nieznanego sprawcę i wpadł w dziwny stan przypominający letarg. Wszystko staje się jeszcze bardziej zagadkowe, kiedy domownicy odkrywają list słynnego egiptologa do córki, w którym znajdują się osobliwe wskazówki odnośnie dalszego postępowania w zaistniałej sytuacji. Wszczęte natychmiast śledztwo i obserwacja nieprzytomnego pacjenta przysparzają jednak tylko kolejnych tajemnic, których trop prowadzi do starożytnego Egiptu i próby wskrzeszenia legendarnej królowej Tery.


Książka pierwszy raz została wydana w 1903 roku i mimo to nie straciła na świeżości. Wśród współczesnych powieści grozy nadal wyróżnia się wszystkim. Od pomysłu, poprzez język, aż do zakończenia - a w zasadzie zakończeń, ale o tym trochę później - wszystko jest jak powiew letniego wiatru w zatęchłym pomieszczeniu. Przynosi wyczekiwany oddech. Odnoszę wrażenie, że większość współczesnych książek z gatunku grozy zatraciła gdzieś swoją wyjątkowość. Z każdą współczesną grozą towarzyszy mi wrażenie wtórności i podążania tymi samymi modnymi schematami. Oczywiście są perełki, które przykuwają uwagę i pozostają w pamięci na dłużej. Niestety jest ich coraz mniej, bo tak jak w filmach i serialach wszystko ulega uproszczeniu i jest nastawione na spełnianie wymagań panującej mody. 


W “Klejnocie…” natomiast znajdziemy wszystko co kochamy w powieściach gotyckich. Mroczny dom, tajemnicza piękność, mistyczne artefakty i nieznaną siłę, która chce osiągnąć cel uknuty w zamierzchłej przeszłości. Całość jest obleczona w maniery i kurtuazję przełomu XIX i XX wieku. Dodaje to opisywanym wydarzeniom niesamowitej pikanterii. Książka jest pisana z perspektywy adwokata, jako rodzaj pamiętnika. Jeżeli przeraża Was przełom wieków i obawiacie się dłużyzn, zawiłych, wielokrotnie złożonych zdań i monologów odbierających przyjemność czytania, to pragnę przypomnieć, że jest to książka Stokera i powyższe rzeczy nie mają tutaj zastosowania. Książka jest napisana zgodnie ze stylem powieści grozy z tamtych lat. Jest zwięzła ale nie uproszczona, dialogi wypełnione są kurtuazją ale nie są nudne i sztuczne, jak choćby w opisywanej przeze mnie w tym roku książce Johna Boyne’a. W tamtej książce wiało nudą i sztucznością. 


Zanim ktoś powie, albo napisze, że to wszystko już było, przypomnę tylko, że powieść ma ponad 100 lat i niestety dopiero teraz trafiła do polskich czytelników. Reszta świata miała przyjemność rozkoszować się nią już od dawna. Tak więc wszystko co obecnie zostało napisane z tego gatunku już dawno miało swoją premierę u Stokera. Nawet tak dobrze nam znana i uważana za archetyp nawiedzonego domu książka “Nawiedzony dom na wzgórzu” Shirley Jackson czerpie z tego co napisał Stoker. Pokusiłbym się również  o stwierdzenie, że uwielbiany przez wielu z nas H.P. Lovercraft czerpał ze Stokera. Ah, te drobne bluźnierstwa i szpile wciskane fanom grozy… Może wyniknie z tego jakaś dyskusja… Osobiście uważam, że Stoker tak jak i Mary Shelley - tak, ta od Frankensteina-  są prekursorami i jednymi z najlepszych przedstawicieli powieści gotyckiej. Z tym że o Mary Shelley nie wiele mogę powiedzieć, bo w Polsce nic oprócz “Frankensteina” nie zostało wydane. 


“Klejnot…” wyznaczał na świecie kierunki, w którym szła literatura grozy. To na jej podstawie powstały między innymi takie filmy jak “The Awakening" (1980) czy “The Tomb” (1986). 


Książka po wydaniu wpasowała się idealnie w panującą modę ówczesnych czasów. Tak, wiem, że wcześniej skrytykowałem pisanie pod panującą modę. Nic na to nie poradzę, że obecnie moda zmienia się z roku na rok i przez to autorzy muszą często pisać na kolanie, aby wpasować się w jeszcze otwarte okienko transferowe. Jak to mówią stare dziady “Panie, kiedyś to było, nie to co teraz”. Właśnie literatura chyba jest takim dobrym przykładem tego stwierdzenia. 


Z tą moda chodzi o zapędy imperialistyczne Wielkiej Brytanii. Królestwo od 1878 roku okupowało tereny należące do Egiptu. Oczywiście było wiele walk, powstań i ogólnej zawieruchy towarzyszącej wrogiemu przejęciu jakiś terenów. “Wielcy odkrywcy korony” w zawierusze dokonali wielu niesamowitych odkryć kultury starożytnego Egiptu. Piramidy, skarbce, mumie i klątwy (czy tam zatęchłe powietrze i nieznane bakterie, które zabijały śmiałków) spowodowały, że nastała moda na ten rejon. Heh, w Polsce trwa nadal, ale to za sprawą niskich cen i hoteli all inclusive, które to pozwalają beztrosko moczyć tyłek w basenie, popijać drinki z palemką, a piramidy oglądać z daleka i cykać zdjęcia aby szpanować znajomym. 


Moda na Egipt sprawiła, że wiele z dzieł i artefaktów zostało skradzionych i wywiezionych. Podobno najwięcej z nich nadal można oglądać w The British Museum. Wyprawy rabunkowe, poszukiwacze przygód, Beduini, opowieści o zachłannych arabach i zawierucha wojenna sprawiały, że rejon ten jawił się jako kraina przesycona magią. Tajemniczość mumii i piramid nakręcała wyobraźnię Brytyjczyków, Amerykanów i wszystkich tych, do których dotarły wiadomości z cywilizowanego świata. Również w USA panowała moda na mumie. Wiele z nich można było nabyć drogą kupna w sklepach z antykami. Jedną z popularnych zabaw towarzyskich było rozwijanie mumii i sprawdzanie co jest w środku. Poprzez takie działania utracono bezpowrotnie wiele cennych eksponatów. 


Takie zachowanie “naukowców” i awanturników wydaje się przerażające, ale patrząc po tym co dzisiaj robimy z wieloma dziełami kultury śmiem twierdzić, że nasz poziom ignorancji wiele się nie zmienił w ciągu ostatnich stu lat. 


Mimo, że książka, jak już wspomniałem została napisana na fali oczarowania starożytnym magicznym Egiptem, to jednak nie jest to głupia powieść. Świat do którego nas przenosi jest pełen mistycyzmu, niewiedzy i zjawisk nadprzyrodzonych, które we współczesności już dawno umarły za sprawą nauki. Oprócz tych motywów “Klejnot…” posiada też sporą dawkę wiedzy o kulturze i wierzeniach tamtego regionu. Owszem, jeśli się wczytać, wiele z tej wiedzy zostało uaktualnione dzięki nowym odkryciom, niemniej jest to świetny początek przygody z owymi wierzeniami. 

"Ciało astralne jest pojęciem z wierzeń buddyjskich, z czasów o wiele późniejszych niż te, o których mowa, ale przyjmuje się we współczesnym mistycyzmie, że ma swój początek w starożytnym Egipcie. Przynajmniej z tego, co nam wiadomo. [...] Najpocześniejsze jest Ka, inaczej ,,sobowtór", które, jak wyjaśnia doktor Budge, można zdefiniować jako kwintesencję indywidualnej osobowości, nasyconą wszystkimi cechami charakteru reprezentowanej osoby, ale egzystującą od niej niezależnie. [...] Potem jest Ba, czyli ,,dusza" zamieszkująca Ka, ma moc, by stać się cielesna lub bezcielesna, gdy tylko zechce. Posiada zarówno substancję jak i formę. Jest w stanie opuścić grobowiec, powrócić do złożonego w nim ciała, odrodzić się i mówić nim. Jest jeszcze Khu, ,,duchowa inteligencja" lub „duch". Przyjmuje postać światła i ma kształt ciała. Mamy jeszcze Sekhem, czyli "siłę", człowieczą, personifikację energii życiowej. Khaibit, „cień", Ren, „imię", Khat, „ciało fizyczne" i Ab, „serce", w którym tętni życie, a wszystko to składa się na człowieka w pełni. Zauważacie zapewne, że jeśli taki rozdział funkcji, duchowych i fizycznych, domniemanych i faktycznych, przyjmiemy jako całkowity, to wynika z niego możliwość i zdolność cielesnej translokacji, zawsze sterowanej niewzruszoną wolą lub inteligencją.”


Jest to jeden z przykładów wiedzy. Jest ich dużo więcej. Nie musicie wierzyć mi na słowo. Wystarczy, że faktycznie sięgnięcia po powieść Brama Stokera. 


Wszystko o czym pisałem wcześniej - czyli Egipt, mistycyzm, groza i tym podobne - sprawiają, że “Klejnot..” jest powieścią z gatunku imperial gothic. Jak łatwo się domyślić, jest związana z podbojami i imperium kolonialnym oraz fascynacją tym, co obce i tajemnicze. Jak podaje Biblioteka Brytyjska gatunek ten wywodzi się z orientalist gothic, który zapoczątkowało tłumaczenie “The Arabian Nights” (“Księga tysiąca i jednej nocy”), rozbudzające w brytyjczykach głód na orientalne powieści. (źródło: https://www.bl.uk/romantics-and-victorians/articles/the-imperial-gothic). 


Kolejną wartą zaznaczenia kwestią jest rola kobieca w powieści. Margaret odgrywa kluczową rolę. Inaczej niż w ówczesnych dziełach imperial czy orientalist gothic, nie jest uległą kobietą. Jest przedstawiona jako pewna siebie młoda kobieta. Wszechstronnie wykształcona i znająca swoją wartość. To ona podczas niedyspozycji ojca zarządza posiadłością i potrafi pokazać, że to ona jest tą, która wydaje rozkazy i zatrudnia ludzi. Jej postać wyznacza tempo i kierunek powieści. Stworzenie tak silnej postaci kobiecej, która na równi z Malcolmem Rossem stanowi parę głównych bohaterów, nie tylko wpisuje się w modę XIX/XX wieku ale jest też rodzajem wizjonerstwa. Przełom wieków był w Wielkiej Brytanii czasem rodzenia się ruchów sufrażystek. Stoker, świadomy otaczającego go świata potrafił wykorzystać to w swojej twórczości. Dzięki temu raczej nikt nie zarzuci mu sprowadzania kobiet tylko do roli służby, tła czy obiektu seksualnego. Owszem, Malcolm jest zakochany w Margaret i oczarowany jej urodą ale dostrzega jej intelekt i zaradność. Jest to spora odmiana po “Draculi”, która była krytykowana przez ruchy feministyczne ówczesnych czasów za przedstawianie kobiet tylko i wyłącznie jako obiekty seksualne. 


Polskie wydanie “Klejnotu…” zawiera dodatkowe zakończenie. Oryginalne z 1903 roku oraz napisane później w 1912 roku. Pierwotne zakończenie jest ciężkie, mroczne, pełne napięcia. Uważam, że jest w nim magia. Coś czego można się spodziewać po takiej powieści. Nowe zakończenie napisane przy wznowieniu druku w 1912 roku jest niestety dużo lżejsze, stonowane i mnie osobiście nie satysfakcjonuje. Podobno pisarz został o nie poproszony przez wydawcę. Pisarz nigdy tego stanowiska nie potwierdził, bo wziął i umarł. 


Książka mimo, że napisania ponad sto lat temu nadal zachwyca swoim kunsztem, dopracowaniem i świeżością, której czasami brakuje we współczesnej literaturze. Motywy, do których jesteśmy przyzwyczajeni przez pisarzy w tym wypadku biją blaskiem świeżości, którego nie sposób pominąć. 


Bardzo się cieszę, że ten egzemplarz wpadł w moje ręce. 






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Ludzie z Placu Słońca" Aleksandra Liczak

"Czuły barbarzyńca" Bohumil Hrabal

"Wymazana granica" Tomasz Grzywaczewski